Ściąganie tekstów będzie możliwe po zarejestrowaniu się i zalogowaniu.

To prywatna strona. Nie wysyłam żadnych reklam ani spamu.

Omówienie styczniowego numeru NF

Wewnątrz pierwszego tegorocznego wydania „Nowej Fantastyki” znajduje się informacja o tradycyjnym plebiscycie czytelników na najlepszy tekst publicystyczny i literacki, jaki w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy gościł na łamach „NF” i „FWS”. Oprócz tego można oddawać swoje głosy na ulubionego rysownika i najładniejszą okładkę zdobiącą wyżej wymienione pisma. Wszystkich razem jest szesnaście i dzięki Bogu za „Wydanie Specjalne”, gdyż w innej sytuacji przyszłoby wybierać pomiędzy plakatami reklamującymi filmy, seriale i gry komputerowe. Kilka omówień temu zaprzestałem komentowania tego stanu rzeczy, ale ów plebiscyt przypomniał mi o nim ze zdwojoną siłą. Prawa rynku (albo dziwne gusta redakcji) są jednak nieubłagane i pewnie nieprędko powitamy z powrotem ładne fantastyczne ilustracje na okładkach. Dobrze chociaż, że te obecne zazwyczaj korespondują z zawartością poszczególnych numerów, co trochę łagodzi niesmak. Nie inaczej jest i tym razem.

Publicystyka

Choć pierwszą stronę zdobi postać Bilbo Bagginsa, o hobbitach nie będzie ani słowa. Otrzymaliśmy za to bardzo ciekawy artykuł Artura Szrejtera dotyczący towarzyszy niziołka w podróży, a więc krasnoludów. Autor w przystępny sposób przybliża ich pochodzenie, miejsce w legendach i mitach, próbując wszystkie, niekiedy rozbieżne, informacje połączyć w spójną całość.

Nieco gorzej prezentuje się materiał Andrzeja Kaczmarczyka na temat smoków. Na początku, podobnie jak poprzednik, szpera w mitologiach i starych opowieściach, aby ukazać, jak dawniej przedstawiano ogniste gady, zaś w drugiej części mierzy się z ich filmowym wizerunkiem. Do tego tekstu świetnie pasuje powiedzenie: „co za dużo, to niezdrowo”, gdyż wiele rzeczy zostało tylko delikatnie poruszonych i zwłaszcza pierwszy fragment wydaje się nieco wybrakowany.

Następnie wraz z Markiem Grzywaczem przenosimy się do Meksyku, żeby sprawdzić, jak trzyma się tam literatura fantastyczna. Po raz kolejny możemy dowiedzieć się czegoś nowego na temat naszego ulubionego gatunku i zajrzeć do utworów, o których bez lektury „NF” nie mielibyśmy bladego pojęcia.

Dalej w kolejności jest wywiad z rysownikiem komiksów Piotrem Kowalskim, który drogę zawodową rozpoczynał od ilustracji w „Nowej Fantastyce”, a obecnie stara się rozwinąć swoją karierę za oceanem. Co prawda do niektórych pytań Michała Chudolińskiego można mieć zastrzeżenia, jednak udzielane przez Kowalskiego odpowiedzi w pełni te drobne błędy przesłaniają. Wyłania się z nich niesłychanie interesująca postać, ale także obraz rynku komiksowego w Stanach i na zachodzie Europy, mocno skontrastowany z naszym grajdołkiem, któremu rysownik nie szczędzi krytyki.

W „Lamusie” Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz opowiadają o tym, jak to niegdyś na podstawie wyglądu twarzy, czy też kształtu głowy, próbowano odkryć całą prawdę o człowieku, zaś Jerzy Rzymowski nieco głębiej pochyla się nad cyklem Scotta Lyncha o „Niecnych dżentelmenach”.

W części felietonistycznej Maciej Parowski kontynuuje swoje rozważania nad polską sceną fantastyki, wypisując upodobania niektórych autorów, a także wykazując, jak ważne bywa zapatrzenie się w jakiegoś dojrzałego pisarza i jego dzieła. Rafał Kosik słusznie zauważa, że większość ludzi ma gdzieś przyszłość Ziemi i robi wszystko, by ją zniszczyć, natomiast Peter Watts, opierając się na danych historycznych i odrzucając wszelkie nadnaturalne elementy, tworzy jedną z możliwych wersji życia Chrystusa. Na koniec Łukasz Orbitowski zachęca do obejrzenia filmu „Somos lo que hay”, która jest nietypową opowieścią o kanibalach, a Mateusz Wielgosz sypie garść ciekawostek ze świata nauki i nowych technologii.

Proza polska

Część literacką styczniowego numeru rozpoczyna opowiadanie Piotra Nesterowicza „Rzeźbiarz bogów”, którego główny bohater zostaje wrzucony w środek wojny między dwoma królestwami, a choć jest tylko zwykłym rzemieślnikiem, może mieć na nią kluczowy wpływ. Jest to dość nietypowy tekst fantasy, gdyż przenosi czytelników do rzadko odwiedzanej w naszej literaturze Azji Południowej, zaś sam protagonista nie włada ani magią, ani mieczem. Jednak tak jak większość tego typu utworów, „Rzeźbiarz bogów” jest nastawiony wyłącznie na dostarczenie rozrywki, ale wychodzi z tego obronną ręką.

„Jak uniknąłem służby wojskowej” Lucyny Grad przenosi nas z kolei do Turkiestanu, gdzie spotykamy zesłanego tu za karę Michała Jerzewskiego, żołnierza armii rosyjskiej. Początek jest całkiem dowcipny, gdyż Jerzewski, niczym Franek Dolas, przez swoją niezdarność ciągle wpada w kłopoty i za nic nie może wrócić do domu. W końcu spotyka Nazima, wygnanego przez brata chana Hunzy, który prosi go o pomoc. Razem wyruszają w podróż pełną magii i tajemniczych wydarzeń, a także starć z siłami wroga. Autorka ze strony na stronę serwuje coraz mniej elementów humorystycznych, stawiając na zjawiska nadprzyrodzone, co troszeczkę osłabia przyjemność z lektury tego tekstu, będącego typowym średniakiem.

Zupełnie nie do śmiechu jest natomiast opowiadanie „O-bon matsuri” Marty Sobieckiej, którego główna bohaterka wraca do rodzinnej wioski, by uczestniczyć w święcie zmarłych i poznać prawdę o swoich rodzicach. Króciutki utwór mający zmusić odbiorcę do chwili zadumy i zastanowienia się, co w życiu jest tak naprawdę ważne. Szkoda tylko, że robi to w sposób mało odkrywczy i zbyt bezpośredni.

Proza zagraniczna

Pierwszym tekstem zagranicznym jest „Enigma” Seana McMullena, czyli najlepsze opowiadanie tego numeru. Protagonistka to członkini ekspedycji naukowej, która wyrusza z misją zbadania tytułowej planety. Choć niezamieszkana, Enigma posiada wiele tajemnic do odkrycia, dotyczących zarówno jej samej, jak i cywilizacji, które wcześniej postanowiły ją odwiedzić. Na drugim planie autor kreśli wizję Ziemi przyszłości, której mieszkańcy są w stanie tworzyć krzyżówki genetyczne, a także klony, ożywające w momencie śmierci pierwowzoru. To wszystko razem sprawia, że mamy do czynienia z kawałkiem dobrej klasycznej fantastyki naukowej.

W samych superlatywach można wypowiadać się również na temat „Poniedziałkowego mnicha” Jasona Sanforda. Akcja utworu ma miejsce w Tajlandii, która stała się państwem niemal autorytarnym, pełnym milicji na ulicach, mordującej każdego, kto choćby w najmniejszym stopniu miał do czynienia z nanotechnologią. Główny bohater jest buddyjskim mnichem, współpracującym z władzami, na zlecenie których wykonuje czynności pogrzebowe zarówno milicjantów, jak i ich ofiar. Gdy na cmentarz trafia jego ukochana, zaczyna się w nim przemiana i z uległego, tchórzliwego duchownego zmienia się w buntownika, pragnącego zemsty. Ciekawa fabuła, interesujący świat w tle, a także delikatne skojarzenia z „Nakręcaną dziewczyną” Bacigalupiego powodują, iż utwór Sanforda wywołuje same pozytywne emocje.

Na koniec dostajemy jeszcze króciutki tekst Keffy'ego R.M. Kehrliego „Wesprzyjcie moją armię robotów!!!”. To literacki dowcip w nietypowej formie przypominającej bloga z wpisami, komentarzami i wtyczkami do mediów społecznościowych. Autor wciela się w szalonego i prawdopodobnie młodocianego naukowca, który usiłuje zebrać pieniądze na armię robotów, dzięki której zapanuje nad światem, a najhojniejszym darczyńcom obiecuje zapewnić przetrwanie, a nawet życie w przyzwoitych warunkach. Sympatyczny drobiazg.

Styczniowe wydanie „Nowej Fantastyki” należy uznać za całkiem dobre. Przede wszystkim zawiera w sobie świetną prozę zagraniczną, ale także co najmniej przyzwoitą publicystykę i takie same opowiadania polskich autorów. Jaki pierwszy numer, taki cały rok? Oby.

Bartłomiej Cembaluk